Uff...co za gorąc. Klimat iście afrykański. Żar leje się z nieba, temperatura w cieniu sięga 35 kresek a my mieszkamy na 4 piętrze (na 4 możliwe). W chałupie temperatura średnio 30-stopniowa, chociaż wiatrak chodzi non stop. I nie, nie, wcale nie narzekam. Bo zdecydowanie wolę ciepełko, ale wszystko ma swoje granice... Mały N. źle znosi takie temperatury. W weekend jakoś sobie radziliśmy bo nad jeziorem grasowaliśmy ale już w tygodniu tak kolorowo nie jest. Dziecię me zmęczone ciągle, potyka się o własne kopytka i marudny jest koszmarnie. Pomysłów na zajęcie go coraz mniej. Kombinuję, wymyślam, wręcz wychodzę z siebie żeby go czymś na dłużej zająć a on co? Nic! Cholera mała oporna na moje starania... wszystko go męczy i nudzi już po 10 minutach. Na szczęście pogoda ma się na dniach unormować. I liczę na to, że mój pierworodny też się unormuje :)
A wspomniany wyżej weekend spędziliśmy tak:
A na koniec - matka. W trakcie rozjaśniania włosów, stąd to dziwne coś na głowie :)


